Przejdź do treści
Strona główna » To nie był film, który chciałem obejrzeć – „Maryja. Matka papieża” – recenzja

To nie był film, który chciałem obejrzeć – „Maryja. Matka papieża” – recenzja

Szedłem na film „Maryja. Matka papieża” z dużą ostrożnością, a może nawet z pewnym wewnętrznym oporem. Nie dlatego, że temat mnie nie interesuje — przeciwnie. Problemem było raczej to, co ten temat dziś często ze sobą niesie. Obawiałem się kolejnej produkcji utkanej z dobrze znanych schematów: Maryja jako emocjonalne tło, Jan Paweł II sprowadzony do roli uśmiechniętego „papieża z okienka”, a całość oparta na sentymencie, który bardziej koi niż prowokuje do myślenia.

Pierwsze minuty filmu tylko te obawy potwierdziły. Znane kadry, znajome historie, dobrze oswojone obrazy z życia Karola Wojtyły. Narracja, którą wielu z nas słyszało już wielokrotnie. W pewnym momencie złapałem się na tym, że właściwie przestaję słuchać — jakbym oglądał coś, co już znam.

I właśnie wtedy wydarzyło się coś nieoczywistego.

Ten film bardzo świadomie zaczyna od tego, czego się spodziewamy — ale nie po to, żeby na tym poprzestać. Nagle okazuje się, że nie chodzi o kolejne wzruszenie ani o przypomnienie znanych historii. Coś się przesuwa. Narracja zaczyna prowadzić w innym kierunku.

Złapałem się na tym, że przestaję patrzeć na film z dystansem, a zaczynam naprawdę słuchać.

To nie jest już opowieść o „miłej pobożności” ani o religijnych przyzwyczajeniach. Film nie zatrzymuje się na emocji. Zamiast tego powoli odsłania coś głębszego — sposób myślenia, który stoi za relacją Karola Wojtyły z Maryją. Nie w formie wykładu, nie w tonie akademickim, ale w sposób, który porządkuje pewne rzeczy w głowie.

I to jest największe zaskoczenie.

Bo zamiast kolejnej historii o papieżu, który „był blisko ludzi”, dostajemy obraz człowieka, który sam bardzo świadomie szukał drogi. Kogoś, kto nie zatrzymywał się na religijnych formach, ale próbował zrozumieć ich sens i przełożyć je na życie.

Film robi tu coś odważnego: zdejmuje z Jana Pawła II warstwę sentymentalnego wspomnienia i pokazuje go jako myśliciela i przewodnika. Nie „papieża od kremówek”, ale człowieka, który stawia wymagania — najpierw sobie, a potem innym.

I nagle okazuje się, że Maryja w tej opowieści przestaje być jedynie symbolem czy emocjonalnym odniesieniem. Przestaje być „dodatkiem do wiary”. Staje się kimś, kto realnie prowadzi dalej.

Nie chodzi już o modlitwy, o praktyki, o przyzwyczajenia. Chodzi o drogę.

To przejście — od powierzchownej pobożności do czegoś znacznie głębszego — jest chyba najważniejszym doświadczeniem tego filmu. I co ważne, nie jest ono podane w sposób ciężki czy zamknięty. Wręcz przeciwnie — jest zaskakująco przystępne.

Wyszedłem z kina z poczuciem, że ktoś potraktował mnie poważnie. Nie jak widza, którego trzeba wzruszyć, ale jak człowieka, któremu można coś zaproponować i zostawić przestrzeń do myślenia.

Czy film jest idealny? Nie. Początek może zniechęcić tych, którzy mają już przesyt podobnych narracji. Momentami balansuje na granicy dobrze znanego tonu. Ale właśnie to początkowe „rozpoznanie schematu” sprawia, że późniejsza zmiana kierunku działa mocniej.

Dlatego z czystym sumieniem mogę polecić ten film bardzo różnym widzom.

Tym, którzy pamiętają Jana Pawła II i przez lata budowali swoją wiarę wokół pewnej formy pobożności — może pomóc zobaczyć go na nowo. Bez sentymentalnego filtra.

Ale może jeszcze bardziej tym, którzy patrzą na takie kino z dystansem. Młodszym. Sceptycznym. Zmęczonym powtarzalnością religijnych opowieści.

Bo jeśli jesteś jednym z nich, to właśnie dla Ciebie ten film może być największym zaskoczeniem.

Nie dlatego, że odpowie na wszystkie pytania.
Ale dlatego, że zmienia sposób, w jaki zaczynasz je zadawać.

I być może właśnie dlatego warto dać mu szansę.

ks. Hubert Równicki