Na początku Wigilii powinno być światło. Nie to dekoracyjne, migoczące na choince, lecz światło, które gromadzi ludzi wokół stołu. Zanim pojawią się potrawy, zanim rozlegnie się szelest papieru prezentów, zanim padną pierwsze życzenia – jest chwila ciszy. Wspólnej.
Ktoś zapala świecę. Ktoś inny sięga po Pismo Święte. Zgodnie z najstarszą tradycją w wielu domach w tym momencie odczytuje się fragment Ewangelii według św. Łukasza o narodzeniu Jezusa. Dobrze, gdy czyta go ktoś z domowników: ojciec, matka, najstarszy członek rodziny albo dziecko, które właśnie w ten sposób zostaje wprowadzone w historię większą niż ono samo. To nie jest jedynie gest religijny. To akt przekazu – pokazanie, że ta noc ma sens, że wydarzyło się coś, co nas gromadzi.
Po Ewangelii przychodzi modlitwa – prosta, bez patosu. Potem łamanie się opłatkiem i składanie życzeń. Nie idealnych, nie wyuczonych, ale takich, jakie potrafimy wypowiedzieć. Dopiero później wspólne zasiadanie do stołu. Wigilijny posiłek, który od zawsze był znakiem wspólnoty.
Tak może wyglądać Wigilia. Nie jako perfekcyjnie odegrany rytuał, ale jako wieczór, który prowadzi ludzi ku sobie i ku Temu, który przychodzi.
A jednak coraz częściej ten obraz istnieje już tylko w opowieściach, wyobrażeniach albo marzeniach. Dla wielu osób Wigilia stała się doświadczeniem trudnym, a czasem wręcz bolesnym. Wieczorem napięcia, zmęczenia i poczucia, że trzeba coś „zagrać”, zamiast po prostu być.
Gdy Wigilia staje się ciężarem
W ostatnich dziesięcioleciach zaszły głębokie zmiany społeczne i kulturowe. Dotknęły one także rodziny i relacji międzyludzkich. Święta – a szczególnie Wigilia – stały się przestrzenią, w której te zmiany są wyjątkowo widoczne. Jak w soczewce skupia się w nich wszystko to, co w relacjach zaniedbane, przemilczane lub nieprzepracowane.
Dla wielu dorosłych Wigilia jest trudna, ponieważ w dzieciństwie nie doświadczyli jej piękna. Nie znają jej jako czasu bezpieczeństwa, rozmowy i bliskości. Znają ją jako wieczór napięć, konfliktów, milczenia albo przymusu. Wchodzą więc w dorosłość bez wewnętrznego obrazu świąt, do którego mogliby się odwołać.
W takich domach Wigilia bywała jedynie formą. Gesty wykonywano, bo „tak trzeba”. Życzenia składano, bo „tak wypada”. Nikt nie uczył rozmowy. Nikt nie pokazywał, że wspólne bycie razem może być radością, a nie tylko obowiązkiem. Trudno więc dziś oczekiwać, by osoby wychowane w takim klimacie potrafiły spontanicznie stworzyć przestrzeń bliskości. Często nie jest to kwestia złej woli, lecz braku doświadczenia i narzędzi.
Wigilia staje się wtedy grą pozorów. Próbą odegrania rodziny, która na co dzień właściwie nie funkcjonuje. Przez kilka godzin próbuje się nadrobić miesiące, a czasem lata nieobecności. I właśnie dlatego ten wieczór męczy. Bo serce wie, że bliskości nie da się zadekretować ani zaplanować na jeden wieczór w roku.
Życzenia, które odsłaniają pustkę
Jednym z najbardziej trudnych momentów Wigilii stało się składanie życzeń. Nie dlatego, że życzenia są czymś złym, ale dlatego, że obnażają brak relacji. Jak życzyć komuś dobra, skoro nie wiemy, czym naprawdę żyje? Jak mówić o pokoju, skoro na co dzień nie ma rozmowy? Jak wypowiedzieć słowa o miłości, gdy relacja ogranicza się do krótkich, formalnych komunikatów?
Życzenia bywają wtedy nieznośne. Są jak lustro, w którym widać dystans, chłód i obojętność. Dla wielu osób to właśnie ten moment generuje największe napięcie – bo trzeba powiedzieć coś, czego się nie czuje albo nie potrafi się nazwać.
Ucieczka w ekran i ucieczka w drogę
Jeszcze przez chwilę uwagę skupiają potrawy i prezenty. One porządkują czas, wypełniają ciszę, dają poczucie kontroli nad przebiegiem wieczoru. Ale gdy kończy się posiłek, gdy prezenty zostaną rozpakowane, pojawia się pytanie: co dalej?
I wtedy bardzo często sięgamy po ekran.
Telefony, wiadomości, media społecznościowe. Trzeba odpisać, wysłać życzenia, zobaczyć, jak świętują inni. Telewizor włącza się niemal automatycznie. Leci film, który wszyscy widzieli już wiele razy. Udajemy, że nadal jest interesujący. Udajemy, że jesteśmy razem.
Warto uczciwie powiedzieć: ekran rzadko jest przyczyną problemu. Jest raczej ucieczką przed pustką relacji, przed ciszą, której nie umiemy znieść, przed rozmową, na którą nie mamy odwagi.
Coraz częściej pojawiają się też inne formy ucieczki. Dla niektórych Wigilia i czas świąt stały się tak trudnym doświadczeniem, że wybierają wyjazd – do kurortu, do ciepłych krajów, gdziekolwiek, byle nie przy rodzinnym stole. Nie zawsze jest to wybór z wygody. Często to wybór z bezradności i braku narzędzi do bycia razem.
Jeszcze bardziej bolesnym zjawiskiem jest sytuacja, gdy osoby starsze trafiają w tym czasie do szpitali – czasem z realnej potrzeby, czasem z wygodnego usprawiedliwienia. „Są zaopiekowane”, „są bezpieczne”, a młodsi mogą mieć „spokojną głowę”. To nie zawsze jest decyzja podjęta z chłodu serca. Często stoi za nią zmęczenie, lęk, nieumiejętność towarzyszenia starości i kruchości.
Te obrazy bolą. Ale nie po to, by oskarżać. Raczej po to, by zapytać: jak bardzo oddaliliśmy się od siebie, skoro rodzinny stół stał się miejscem, od którego trzeba uciekać?
Dziecko, które zapamięta wszystko
Największą cenę za te procesy płacą dzieci. One patrzą uważnie. Widzą więcej, niż nam się wydaje. Widzą, jak dorośli składają sobie życzenia, a potem – już po zakończeniu spotkania – komentują, kto co powiedział, jak był ubrany, jak się zachował. I w dziecku rodzi się niechęć. Do takich świąt. Do takich gestów. Do takiej „tradycji”.
Jeśli Wigilia kojarzy się z napięciem, sztucznością i irytacją, dziecko nie zakocha się w świętach. Będzie przed nimi uciekać. Tak jak uciekają dziś dorośli, którzy nigdy nie doświadczyli ich piękna.
Ale to samo dziecko, które zapamięta obraz wspólnego śpiewu, rozmowy, śmiechu, zabawy, szczerych pytań i szczerych odpowiedzi, niesie ten obraz przez całe życie. Nawet gdy będzie miało osiemnaście, trzydzieści czy czterdzieści lat – w środku wciąż będzie tym dzieckiem, które czeka na jeden wyjątkowy wieczór w roku.
Wigilia, która nie kończy się po kolacji
Dlatego tak ważne jest, by Wigilia nie kończyła się wraz z ostatnim talerzem. By nie była jedynie kolacją, lecz wieczorem, który trwa.
Po posiłku może przyjść czas rozmów – niespiesznych, nieidealnych. Czas rodzinnych opowieści, wspomnień, śmiechu. Może pojawić się wspólna zabawa – prosta gra, która zmusza do bycia razem. Może zabrzmieć kolęda – nie dla efektu, lecz dla wspólnoty.
A potem wspólne wyjście na pasterkę. Razem. Jako rodzina. Nie jako obowiązek, ale jako dopełnienie wieczoru, który zaczął się przy stole. Doświadczenie, że Narodzenie Jezusa nie jest tylko religijnym faktem, lecz wydarzeniem, które scala ludzi.
Jeden pierwszy krok
Nie każdy dom jest gotowy na „idealną Wigilię”. Nie każda rodzina potrafi dziś stworzyć przestrzeń pełnej bliskości. Ale każdy może zrobić jeden krok.
Może nim być decyzja o wyłączeniu telewizora.
Może odłożenie telefonu na godzinę.
Może wspólne zaśpiewanie jednej kolędy.
Może rozmowa, która nie musi być głęboka, ale jest prawdziwa.
Nawet najmniejszy gest obecności jest początkiem.
Bóg rodzi się w rodzinie
Wigilia przypomina nam jedną, fundamentalną prawdę: Bóg rodzi się w rodzinie. Nie w idealnej. W prawdziwej. Z jej historią, ranami, zmęczeniem i tęsknotą za bliskością.
Nie rodzi się w perfekcyjnych dekoracjach. Rodzi się w obecności. W czasie. W relacji. W wieczorze, który trwa, bo ludzie chcą być razem.
Nie chodzi o powrót do dawnych czasów ani kopiowanie cudzych wspomnień. Chodzi o stworzenie własnej historii, takiej, która będzie dobra dla naszych dzieci.
Bo jeśli dziś zadbamy o treść, forma znajdzie swoje miejsce. A jeśli dzieci zobaczą Wigilię jako przestrzeń miłości, rozmowy i radości – nie będą przed nią uciekać. Będą na nią czekać.
Tak jak na Kogoś, kto przychodzi.
ks. Hubert Równicki
